Wspólna wizja?

Grzesznik klęczy przed ukrzyżowanym Chrystusem i powoli podnosi wzrok, kontemplując okrutnie poranione części ciała, które niesprawiedliwie cierpiało, by odkupić jego winy: stopy, następnie kolana, ręce, przebity bok, pierś, serce oraz oblicze. Przy każdej się zatrzymuje i modli się słowami Arnulfa z Leuven: „Salve mundi salutare, salve, salve, Jesu care…”.

Każdy, kto zna „Membra Jesu nostri” Dietricha Buxtehudego zapewne przeczytał tę frazę dokładnie w rytmie powracającego mantrycznie chóru. To jeden z najpiękniejszych przykładów muzyki pasyjnej, swoją prostotą porywający czasami bardziej niż Bachowskie Pasje. Dzieło intymne, przeznaczone do osobistego rozważania tajemnicy zbawienia w godzinach wieczornych. O takiej porze grano w Marienkirche w Lubece Abendmusiken, wydarzenia służące pogłębianiu duchowości protestanckiej, finansowane przez prywatnych darczyńców. Z myślą o tych koncertach Buxtehude skomponował to tajemnicze dzieło, o którego historii wiemy niewiele ponad to, że na zapisanym notacją tabulaturową manuskrypcie widnieje rok 1680 i dedykacja dla Hofkapellmeistera dworu szwedzkiego króla Gustavova Dübena. Składa się z siedmiu kantat o powtarzalnym układzie sonata, tutti, aria tutti.

Dzieło jest ogromnie popularne i nagrywane było wielokrotnie. Przygotowanie kolejnego nagrania jest wyzwaniem, zważywszy na to, że tylko z pozoru jest ono łatwe. Nie wiadomo do końca, jak je traktować – jest stylistyczną fuzją spekulatywnej polifonii północnoniemieckiej z pełnym afektów językiem muzycznym Południa. Można się przechylić w dowolną stronę, byle zachować konsekwencję.

Tej konsekwencji brakuje najbardziej na płycie będącej kooperacją Bartłomieja Stankowiaka, Arte dei Suonatori, chóru Cantus humanus i pięciorga niezłych solistów. Wykonanie mieści się w zachowawczym nurcie, łącząc historyczny zespół ze współczesnym chórem, odrzucając radykalizm „one voice per part” (vide René Jacobs z SCB)), trzymając się umiarkowanych temp. Największym atutem płyty jest pięknie brzmiący, ciepły chór, który potrafi się rozwarstwiać i stapiać w jedno. Czasem brakuje mu mocniejszego uderzenia i szerokiej frazy (czemu 13 bez przekonania? Przecież to obłędnie piękne!). Arte gra precyzyjnie, przejrzyście, choć nazbyt ostrożnie (por. Sierra, Conductus Ensemble).

Niestety soliści ciągną każdy w swoją stronę. Ducha afektowanego śpiewu oddaje przede wszystkim Karol Kozłowski, który choć technicznie jest dobry, przesadza z afektami (po co te eksklamacje w 29?). W narracyjny styl za głęboko wchodzi Maciej Straburzyński, chwiejąc dynamiką, niepotrzebnie przechodząc ze śpiewu do mowy (finał 5, przedziwny!). Piotr Olech trzyma się prosto, ale czasem brakuje mu mocy i skali (doły z trudem w 41). Pięknie brzmią Marzena Michałowska i Marta Krysiak (duetowe fragmenty, np. w 12 wyborny), ale każda gra na siebie. W żadnym z ansambli nie udało się osiągnąć jedności.

W „Membra Jesu nostri” szalenie ważne jest uwspólnienie wizji interpretacyjnej – czy chcemy, opowiadając modlitwę grzesznika, wprowadzić słuchacza w stan modlitewnej medytacji (np. powolna skupiona interpretacja Fasolisa, albo perfekcyjna Suzukiego) czy też widzimy dzieło w kategoriach afektowanej liryki religijnej (jak Jacobs). Pociąga to za sobą szereg konsekwencji dotyczących instrumentalistów i chóru, a na końcu pozostawia w odbiorcy odmienne wrażenie – albo ziemski wstrząs (Sierra) albo niebiańskie uniesienie (Fasolis). Niestety tu nie poczułem ani jednego, ani drugiego.

Mateusz Ciupka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *